Dziesięć lat biskupiej drogi bpa Mirosława Milewskiego

27 lutego przypada dziesiąta rocznica przyjęcia sakry biskupiej przez Księdza Biskupa Mirosława Milewskiego, biskupa pomocniczego diecezji płockiej. To ważny jubileusz nie tylko dla samego Księdza Biskupa, ale także dla całej naszej wspólnoty Kościoła, która przed dziesięciu laty została ubogacona Jego posługą.

Z wdzięcznością za lata oddanej służby otaczamy Księdza Biskupa serdeczną pamięcią i modlitwą. Niech Pan Bóg hojnie błogosławi, umacnia w codziennych obowiązkach, obdarza zdrowiem, pokojem serca oraz potrzebnymi łaskami na kolejne lata owocnej posługi Kościołowi i ludziom.

Zdjęcia: BP Konferencja Episkopatu Polski, Gość Płocki, parafia św. Michała Archanioła w Płocku, Jan Waćkowski, parafia w Łęgu.

O telefonie z Nuncjatury, słowach, które stały się programem życia, o doświadczeniu krzyża i nadziei silniejszej niż lęk, a także o węgierskich powieściach i płycie, którą zabrałby na bezludną wyspę – w jubileuszowej rozmowie opowiada bp Mirosław Milewski

Niektóre telefony dzielą życie na „przed” i „po”. Ten przyszedł z Nuncjatury Apostolskiej w Polsce. Po 10 latach bp Mirosław Milewski opowiada o łasce, która przyszła razem z krzyżem i o najlepszym dniu w swoim życiu.

Ilona Krawczyk-Krajczyńska: Zacznijmy od początku. Pamięta Biskup ten dzień, kiedy zadzwonił telefon z nuncjatury?
Bp Mirosław Milewski: Bardzo dobrze. To był 18 stycznia 2016 roku, około 9.00. Zdążyłem przyjść do pracy. Usłyszałem w słuchawce, że Nuncjusz zaprasza mnie następnego dnia na rozmowę do Warszawy.

I nic więcej? Żadnej zapowiedzi, żadnej sugestii?
Nie. Nie padło ani jedno słowo wyjaśnienia. Oczywiście można było się domyślać, bo wiemy w jakich sprawach odwiedza się Nuncjaturę. Ale ja, szczerze mówiąc, nie miałem odwagi zapytać. Tym bardziej, że zostałem poproszony o zachowanie całkowitej dyskrecji – nawet wobec biskupa ordynariusza.

To już brzmi bardzo poważnie.
Tak. Nominacja na biskupa to w Kościele ważny moment, związany z rozeznawaniem woli Boga dla konkretnego Kościoła lokalnego i podlegający określonym procedurom. Ze względu na swój charakter tajemnica stanowi jego integralną, ściśle określoną część. Zdarza się również, że ktoś nie przyjmuje nominacji i także z tego powodu – aby uniknąć nieporozumień – do samego końca prosi się o dyskrecję. To pokazuje, jak delikatna jest to sprawa.

Przypomnimy, kto był wówczas Nuncjuszem Apostolskim w Polsce?
Abp Celestino Migliore.

To jak wyglądała droga do Warszawy? Była spokojna?
Trudno mówić o spokoju. Te dwie godziny drogi były jak przyspieszone rekolekcje. Modlitwa, porządkowanie myśli. Człowiek jedzie i wie, że coś ważnego może się wydarzyć. A do tego to była zima, pogoda niestabilna. Dostałem nawet wiadomość, że jeśli miałbym problemy na trasie, to żeby dać znać, Nuncjusz będzie na mnie czekał.

To miłe!
Bardzo, ale to mnie zbytnio nie uspokoiło. Dodam, że miałem jeszcze inny problem. Mój prywatny samochód miał już swoje lata, i zwłaszcza zimą, miał problem, żeby odpalić.

Chce Biskup powiedzieć, że 19 stycznia wydarzył się najgorszy scenariusz?
Tak! Zgodnie z przeczuciem – przekręciłem kluczyk w stacyjce – i nic! Ale byłem przygotowany. Dzień wcześniej wziąłem kluczyki od służbowego auta z kurii i ruszyłem.

Myślał Biskup wcześniej o takiej nominacji?
Nie w sensie planu. Zawsze chciałem być księdzem – i to było dla mnie wystarczające. Kapłaństwo było moim marzeniem i powołaniem.

A jak wyglądało to spotkanie w Nuncjaturze?
To była wyjątkowo miła i serdeczna rozmowa, pełna taktu i kurtuazji. A w pewnym momencie padły słowa: „Ojciec Święty mianował księdza prałata biskupem. Czy ksiądz przyjmuje?”. To moment graniczny.

Nie dostaje się czasu na zastanowienie, np. „Ma Ksiądz dwa dni na odpowiedź”?
Nie, musiałem odpowiedzieć od razu.

Emocje?
Tak, ogromne. W głowie wiele myśli. Człowiek widzi swoje ograniczenia, słabości. Ale jednocześnie było wewnętrzne światło i głębokie przekonanie, że skoro całe życie starałem się szukać woli Bożej, to teraz nie mogę powiedzieć „nie”. Gdybym odmówił, zaprzeczyłbym temu zawierzeniu, że On mnie prowadzi. Zresztą tego dnia mocno wracały do mnie słowa: „Nie lękajcie się”.

To dlatego te słowa stały się zawołaniem biskupim?
Tak. Te słowa kojarzą się z pontyfikatem św. Jana Pawła II i jego słynnym „Nie lękajcie się otworzyć drzwi Chrystusowi”, ale są przede wszystkim słowami Chrystusa Zmartwychwstałego. Zawsze były dla mnie ważne. Towarzyszyły mi już jako klerykowi, potem księdzu. Towarzyszyły także w nuncjaturze. Wróciły również w dniu, kiedy z Warszawy wróciłem do Płocka. Byłem przekonany, że powinny stać się programem mojej biskupiej drogi. I tak się ich uchwyciłem.

Przyszła próba tych słów?
Bardzo szybko. Niedługo po sakrze zmarł mój jedyny, młodszy Brat. Wtedy zrozumiałem, że „Nie lękajcie się” to nie jest hasło jedynie dla innych, ale najpierw dla mnie.

Brat był jeszcze w Płocku w dniu sakry, prawda? 
Tak, choć nie miał już sił być w katedrze. Oglądał transmisję w moim mieszkaniu. Kilka dni wcześniej, kiedy widzieliśmy jaki jest jego stan, to zaproponowałem w rozmowie, żeby został w Ciechanowie, że wszystko zobaczy na transmisji w domu. Obruszył się wtedy nieco: „Jak mógłbym nie przyjechać do ciebie w takim momencie?”.

Po męsku.
Po męsku. Sama jego obecność była ogromnym wsparciem i tę obecność zawsze będę pamiętał bardziej niż słowa. Mój Brat był pierwszą osobą, do której poszedłem tuż po wyjściu z katedry, już jako biskup. Wiem, że po latach ma się tendencję do idealizowania, ale byliśmy dla siebie bardzo ważni.

To był najtrudniejszy moment tych dziesięciu lat?
Myślę, że tak. Pierwszy pogrzeb, któremu jako biskup przewodniczyłem, był pogrzebem mojego Brata. Chociaż, krzyży mi nie brakuje, to jego odejście było dla mnie najtrudniejszym mementem tej dekady.

A gdybyśmy mieli sięgnąć do tych lepszych momentów?
Najlepszy? Wierzę, że jest przede mną.

Naprawdę?
Powiem więcej. To zabrzmi poważnie, ale nie mówię tego na potrzeby rozmowy – naprawdę tak myślę. Najpiękniejszy będzie dzień mojej śmierci, bo wtedy zobaczę Jezusa „twarzą w twarz”.

Chwileczkę. Dziesięć lat temu był Biskup najmłodszym w gremium Konferencji Episkopatu Polski, a po dziesięciu latach mam uwierzyć, że jest już Biskup gotowy na ostateczne spotkanie ze Stwórcą?
Nie, gotowy w sensie „spakowany i czekający” – nie. Cały czas się przygotowuję. To nie jest tak, że człowiek przestaje się bać, że wszystko ma uporządkowane. Ale jestem pewien jednego: że to będzie najwspanialszy dzień. Bo będzie dniem spełnienia obietnicy.

A jeśli św. Piotr powie – jak w tych dowcipach – „przepraszam, ale dzisiaj biskupów nie wpuszczamy do nieba”. To co wtedy?
Nic, bo właśnie tutaj wkracza Boże Miłosierdzie.

To, o którym Biskup mówi tak często, że jest wpisane w DNA naszej diecezji?
Dokładnie. Ja naprawdę ufam, że tam – pomimo słabości, błędów, ograniczeń – Miłosierdzie Boga okaże się większe niż cała niedoskonała doczesność. To nie jest tania pociecha ani ucieczka od odpowiedzialności. To raczej świadomość, że zbawienie nie jest nagrodą za perfekcję, ale darem dla tych, którzy pozwolili się Bogu kochać i podnieść. I dlatego ten „Boży paradoks” jest dla mnie źródłem nadziei. Nie dlatego, że śmierć sama w sobie jest czymś pięknym, ale dlatego, że jest przejściem do Spotkania.

27 lutego 2016 roku było „Te Deum laudamus” śpiewane przez Kościół płocki, pastorał od duchowieństwa, sygnet, mitra. Na nagraniu z katedry widać radość i kilka razy padają słowa o „prostym księdzu z Mazowsza”. Ile z niego zostało?
Mam nadzieję, że nie tak mało. Nie jestem sędzią we własnej sprawie, ale chciałbym wierzyć, że coś z tamtej prostoty we mnie trwa. Bardzo mi zależy, by w tej codzienności biskupiej być po prostu człowiekiem. Nieskomplikowanym w relacjach. Z szacunkiem do każdego. Jeżeli coś miałoby ze mnie zostać, to właśnie to.

Po celebracjach zaczyna się codzienność. Trzeba „być biskupem”, bo już się nim jest. Jest Biskup taki, jakim chciał być?
Proszę sobie wyobrazić, że między ogłoszeniem nominacji a święceniami zrobiłem notatki. Spisałem w punktach rzeczy dla mnie ważne: jaki chciałbym być, na czym mi zależy. Zaglądam do nich. I widzę, że było w tym dużo idealizmu, nawet naiwności. Życie weryfikuje wyobrażenia. Ale jest też coś innego. Biskupstwo – podobnie jak kapłaństwo, macierzyństwo czy ojcostwo – nie jest projektem ukończonym w dniu święceń. To proces. Człowiek całe życie staje się tym, kim ma być.

A gdyby miał Biskup opisać swoje biskupstwo krótko, może w dwóch słowach, to co to byłyby za słowa?
W dwóch słowach …
Pierwsze – łaska. Drugie – krzyż. Dwie strony tego samego medalu. Za jedno i drugie jestem wdzięczny.

Brzmi to mocno, bo powiedział Biskup o osobistym, egzystencjalnym doświadczeniu. A jednocześnie jest to wymowne, bo krzyż pozostaje przecież ważnym atrybutem każdego Biskupa.
Tak, mam ich kilka. Jeden otrzymałem od biskupa seniora, inny jest z Rzymu, kolejny od kolegów z rocznika. Każdy ma swoją historię i dla mnie szczególne, osobiste znaczenie.

A który jest najważniejszy?
Ten pierwszy, który miałem w katedrze.

To ten nałożony podczas sakry?
No właśnie nie! I było to dla mnie zaskoczenie, którym mogę się podzielić, bo ja sam tego wcześniej nie wiedziałem – i skąd miałbym wiedzieć? Podczas święceń biskupich nakłada się pierścień, piuskę, mitrę, przekazuje pastorał. Natomiast z krzyżem wchodzi się już do katedry – ma się go na piersi, na ornacie. To było dla mnie zaskoczenie.

Coś jeszcze w tych celebracjach Biskupa zaskoczyło?
Właściwie wszystko. To jest tak gęste od symboli, gestów, znaczeń, że człowiek przeżywa to trochę jakby w zwolnionym tempie, a jednocześnie wszystko dzieje się bardzo szybko.

Oglądając nagranie z tego dnia zastanawiałam się: o czym się myśli, kiedy leży się na posadzce? 
Modli się.

Wtedy śpiewana jest Litania do Wszystkich Świętych?
Tak, właśnie wtedy.

Ona ma kilka dobrych stron. To dość długi moment na modlitwę.
Rzeczywiście długi. Z perspektywy posadzki katedralnej ma się wrażenie, że to więcej niż kilka minut. Czas płynie inaczej.

To była szczególna modlitwa?
To była modlitwa człowieka, który leży krzyżem i oddaje Panu Bogu wszystko. Bardzo prawdziwa. Bez masek, bez funkcji. Człowiek i Bóg.

Miał Biskup doświadczenie Jego obecności, pewność, że nie będzie na tej drodze sam?
Mówię o tym z pokorą, ale nie tylko wtedy towarzyszyło mi poczucie obecności Pana Boga. Oczywiście intensywność tego doświadczenia bywa i bywała różna. Są momenty, które można nazwać „uderzeniem” tej obecności – bardzo wyraźnym, niemal przytłaczającym. Tak było choćby w dniu święceń. W takich chwilach człowiek ma głębokie przeświadczenie, że dzieje się coś, co go przekracza. Ale jest też codzienność. Proza życia. I w niej ta Boża obecność wcale nie jest mniej odczuwalna. Czasem dzieje się to podczas spowiedzi, czasem w trakcie lektury Pisma Świętego – gdy trafia się dokładnie na słowo, które staje się odpowiedzią na konkretne pytanie czy problem. Wtedy wiem, że to nie jest przypadek. Dla mnie szczególnie sakrament pokuty jest realnym miejscem spotkania. Nie z ideą, nie z teorią, ale z Kimś.

A bywa tak, że Pan Bóg „grozi palcem”?
Oczywiście. Jest miłosierny, ale jest też sprawiedliwy.

Nie brakuje Biskupowi takiego „zwyczajnego” kapłaństwa?
Posługa biskupia ma inny charakter, bo rozumiem, że ma Pani na myśli duszpasterskie zadania w parafii? Tak, zależy mi na tym, by również te posługi móc wypełniać. Jeśli tylko jest taka możliwość – podczas wizytacji, nabożeństw majowych czy czerwcowych – staram się, np. usiąść w konfesjonale.

I co wtedy? Kolejka się wydłuża czy raczej nikt nie podchodzi?
Właśnie księża czasem powątpiewają, czy ktoś się odważy. Idę w piusce, niczego nie ukrywam. Na szczęście ludzie nie uciekają od „mojego” konfesjonału. Przychodzą, a to też dla mnie ważne doświadczenie – bardzo konkretne, wpisane w moją osobistą mapę wiary.

Luty to dla Biskupa prawdziwa kumulacja ważnych dat, prawda?
O, tak. To rzeczywiście coś szczególnego. Pan Bóg miał poczucie humoru. Mam imieniny i urodziny tego samego dnia, a następnego dnia rocznicę sakry biskupiej.

26 lutego imieniny i urodziny?
Tak. A 27 lutego święcenia biskupie. Mam więc taką kumulację, jak „szóstka w totolotka”.

Rocznice to zawsze dobra okazja do życzeń. Czego można życzyć bp. Milewskiemu?
Zdrowia duszy i ciała. To wystarczy.

Tego życzę i mam nadzieję, że każdy, kto przeczyta naszą rozmowę, do tych życzeń się dołączy. A gdyby to Biskup miał, po dziesięciu latach posługi, złożyć życzenia swojej diecezji – czego życzyłby Kościołowi płockiemu?
Kiedy widzę te prawie tysiąc lat historii naszej diecezji, to życzę nam, byśmy tego dziedzictwa nie tylko strzegli, ale je pomnażali. Na miarę naszych sił. Mimo problemów, spadającej demografii, apostazji. Mamy iść do przodu. To wszystko może przytłaczać, ale nie może zniechęcać. Jesteśmy ludźmi wiary i nadziei.

Nie daje mi spokoju to zdanie o „najlepszym dniu”, który dopiero przed Biskupem. Wierze, że jest szczere, ale niech Biskup powie jakie dni cieszą „tu i teraz”?
Nie odpuszcza pani. Jestem z natury człowiekiem pogodnym, optymistą. Lubię moje życie – kapłańskie, biskupie. Oczywiście są wydarzenia spektakularne, duże uroczystości, które cieszą. Ale przysłowiowy „kurz” po nich szybko opada. Dlatego wracam do prozy życia. Lubię np. takie powroty po wizytacji, gdy mam poczucie, że wydarzyło się coś dobrego. Że to był dobry dzień. Bo ktoś ze świeckich powiedział jakieś zdanie, które zostaje w sercu. Albo przy stole z księżmi padło coś, co buduje. To są proste rzeczy, które wewnętrznie podnoszą i dają radość.

To mi się kojarzy ze sportem – te codzienne, niepozorne chwile są jak małe zwycięstwa po długim treningu?
Bardzo dobre porównanie. Zawodnicy ciężko pracują tygodniami, by raz na tydzień czy dwa rozegrać mecz. Ten mecz jest nagrodą za codzienny wysiłek. W życiu duchowym jest podobnie – dużo pracy, często niewidocznej, i nagle przychodzi moment, w którym widać owoce. Coś się udało. Coś dobrego się wydarzyło. I zostaje takie ciepło w sercu. Parafrazując słowa św. Pawła: w dobrych zawodach występuję, wiary staram się strzec – i człowiekiem pozostać.

Ilona Krawczyk-Krajczyńska: Biskup pomocniczy – czym on właściwie się zajmuje?
Bp Mirosława Milewski: Jak sama nazwa wskazuje – pomocą. Ordynariuszowi i całej diecezji. Żyję życiem naszego Kościoła lokalnego, interesuję się tym, czym żyją księża i co stanowi codzienność naszych wspólnot parafialnych. Jako biskup pomocniczy jeżdżę na wizytacje kanoniczne, udzielam sakramentu bierzmowania, chętnie spotykam się z kapłanami, siostrami zakonnymi i osobami świeckimi, a także ze wspólnotami naszej diecezji. Każda parafia jest inna.

Lubi Biskup te wyjazdy do parafii?
Lubię. Każde spotkanie zostawia ślad. To moja codzienność. To konkret Kościoła. Tam widać wiarę ludzi i prozę życia księży. Tam jest normalne życie. Troski, radości, pytania. To jest wymagające fizycznie i intelektualnie, bo trzeba się przygotować chociażby do kazania, ale daje też dużo nadziei i możliwość doświadczania żywego Kościoła.

Czy jest jeszcze miejsce na pasje? Na rzeczy, które po prostu się lubi? Nie „z urzędu”, nie w ramach obowiązków, ale tak zwyczajnie – dla siebie?
Czasu jest mniej, to oczywiste. Ale coś „z tamtego życia zostało”. Może w mniejszym wymiarze, ale jest.

Co konkretnie?

Chociażby sport, szczególnie piłka ręczna. Śledzę regularnie i kibicuję. Bardzo lubię te emocje. Wędkarstwo. Udaje mi się kilka razy w roku pojechać nad rzekę czy jezioro. To dla mnie forma odpoczynku, wyciszenia. No i książki – zdecydowanie w wersji papierowej.

Czyli żadnych e-booków?
Walczę ze sobą. Trzy audiobooki już odsłuchałem, więc nie mogę powiedzieć, że jestem całkowicie odporny. Ale jednak szelest kartek wygrywa.

A co Biskup lubi czytać? 
Różne książki. Był czas, kiedy pochłaniałem skandynawskie kryminały. Naprawdę znakomite.

Skandynawskie?
Tak. Mają klimat, napięcie, głębię psychologiczną. Bardzo je lubiłem. Ale czytam też klasyczną beletrystykę.

A teraz, co leży na biurku? Proszę zdradzić tytuły, może ktoś się zainspiruje.
Z tych „religijnych”, czytam „O praktykowaniu Bożej obecności” brata Wawrzyńca. Niewielka książeczka, około 120 stron, ale bardzo konkretna.

Skąd ten wybór?
Zainspirowała mnie wypowiedź papieża Leon XIV, który powiedział w jednym z wywiadów, że jeśli ktoś chce zrozumieć jego duchowość, powinien sięgnąć właśnie po tę książkę. Pomyślałem: skoro tak, to warto ją przeczytać. I rzeczywiście – to prosta, ale wymagająca szkoła życia w stałej obecności Boga.

A coś „świeckiego”?

Miklós Bánffy, „Trylogia siedmiogrodzka”. Czytam pierwszy tom. Literatura węgierska w ogóle bardzo mnie ostatnio wciąga.

To co w niej takiego jest?
Rozmach, historia, głębia. Ale jeśli miałbym wskazać książkę, która w ostatnich dziesięciu latach zrobiła na mnie największe wrażenie, to „Nadberezyńcy” Floriana Czarnyszewicza. To epicka opowieść o Polakach żyjących nad Berezyną i Dnieprem, o zachowaniu tożsamości, kultury, wiary. Trochę jak skrzyżowanie Sienkiewicza z „Panem Tadeuszem”. Piękna książka.

A na nią jak Biskup trafił?
Kiedyś w radiu była audycja o stu najważniejszych książkach na stulecie niepodległości – ta znalazła się w ścisłej czołówce. A ja wcześniej w ogóle jej nie znałem. Nie zawiodłem się.

Naprawdę dobra?
Na tyle, że przeczytałem cztery powieści autora i nawet nawiązałem kontakt z jego biografem.

W takim razie trzeba będzie ją sprawdzić! A muzycznie?
A muzycznie? Wychowałem się przy radiowej „Trójce”. Nagrywało się audycje na kasety, czekało na konkretne utwory. To był rytuał.

Wyczuwam sentyment do muzyki lat 80.?
Lubię muzykę, w której jest przestrzeń, melodia, sens. Muzycznie najbliższe są mi lata 70.

To spróbujmy tak: jedzie Biskup na bezludną wyspę, i którą płytę z kolekcji ze sobą zabiera?
To nie jest proste pytanie.

Jedna płyta.
Nie da się jednej. Musiałbym zabrać walizkę.

Z magnetofonem?
Z gramofonem. Skoro już bezludna wyspa, to niech będzie porządnie.

Gramofon jest, to ta absolutnie konieczna płyta?
Pink Floyd – „The Dark Side of the Moon”. Ta z genialną grafiką przedstawiającą pryzmat na okładce. To płyta, której można słuchać wciąż od nowa. Towarzyszy mi od młodości. Pamiętam, jak nagrywałem ją na kasety.

To było poświęcenie!
Nawet Pani nie wie, jakie! Jeździłem specjalnie z Ciechanowa pociągiem do Warszawy, żeby w bibliotece nagrywać płyty na kasety. Tu postawię kropkę, bo musiałbym przyznać, że to zdarzało się podczas lekcji w szkole. A moi rodzice mogą tego nie wiedzieć.

Dobrze, dla dobra sprawy stawiamy kropkę. Dziękuję, że Biskup o tym opowiedział. O tym, co cieszy i jest bliskie.
Tak, ale trzeba od razu powiedzieć, że to wszystko jest już na drugim planie. Są przy okazji, jeśli starcza czasu. Wiem, co jest najważniejsze.

A co jest najważniejsze?
Powołanie i wypełnianie tego, co Bóg powierzył.

Nigdy nie żałował Biskup tej drogi?
Odpowiedź jest prosta i szczera: absolutnie nie. Nigdy nie żałowałem. Uważam, że jak człowiek „rękę do pługa przyłoży”, nie ma co oglądać się już wstecz. To jest droga, którą uznaję za najbliższą i najważniejszą. To moja droga!

A co przygotowało Biskupa do tej drogi?
Relacje. Jestem przekonany, że w życiu – zarówno rodzinnym, jak i kapłańskim – niezwykle ważne jest to, z jakiego środowiska się wyrasta, w jakiej rodzinie się dojrzewa i z kim się spotyka. Pochodzę z wielopokoleniowej, bardzo licznej rodziny – mama miała ośmioro rodzeństwa, tata pięcioro. To była rodzina, która trzymała się razem i miała silne poczucie więzi. Ważny był także Kościół – doświadczenie ruchu Ruch Światło-Życie, pielgrzymek i wspólnoty. Potem szkoła. Mimo że kończyłem technikum w 1991 roku, jeszcze w realiach PRL, to właśnie środowisko rówieśnicze i szkolne było pewnym elementarzem życia. Później ogromnie dużo dało mi seminarium.

Dobrze rozumiem, że od razu po maturze? 
Tak. Przyjechałem do Płocka w wieku 20 lat i już nie wróciłem do domu rodzinnego. Kolejnym puzzlem tej życiowej układanki są studia. Socjologia i Katolicka nauka społeczna nauczyły mnie szerszego patrzenia na świat. To był też ważny czas duchowy. Podczas studiów mieszkałem przez cztery lata u karmelitanek klauzurowych i byłem ich kapelanem w Dysie k. Lublina. Echo duchowości karmelu pozostało we mnie do dziś. To było życie na swoistym „pustkowiu” – klasztor znajdował się z dala od cywilizacji, bez sąsiednich zabudowań.

To nie uwierało?
Nie. Świadomie się na to zgodziłem, choć nie wiedziałem dokładnie, czego się spodziewać. Oczywiście były dni łatwiejsze i trudniejsze. Ale ten czas nauczył mnie cenić ciszę i samotność, a w życiu kapłańskim ważna jest zdolność do zdrowej samotności – do bycia sam na sam ze sobą, z Panem Bogiem, bez ucieczki w izolację, ale z akceptacją własnej wewnętrznej przestrzeni.

Czy ta lekcja ciszy i bycia sam na sam z Bogiem pomaga dziś patrzeć na minione lata nie w kategoriach bilansu, ale wdzięczności? 
Bez wątpienia. Jestem ogromnie wdzięczny za moje powołanie Panu Bogu. Ale też tym z którymi pracowałem i pracuję – biskupom, kapłanom i dobrym ludziom, których spotykam na swojej drodze. Tym mniej życzliwym też dziękuję – bo i to uczy.

A czego oni uczą?
Życia z tą „drugą stroną medalu”. Z krzyżem.

Ja również jestem wdzięczna. Dziękuję, że Biskup odsłonił coś ze swojej relacji z Bogiem, podzielił się odrobiną swoich wspomnień, historii – nie tylko ze mną, ale ze wszystkimi, którzy zechcą dotrzymać nam towarzystwa, czytając tę rozmowę.
Jeśli ktoś odnajdzie w niej coś dla siebie – to będzie dla mnie największa radość.

A mógłby Biskup zarezerwować w kalendarzu termin na rozmowę za kolejne dziesięć lat, przed dwudziestą rocznicą sakry?
Jeśli Pan Bóg pozwoli doczekać. Zapisuję w kalendarzu.